UMOWA PONAD GŁOWAMI PAŃSTW
NASZ DZIENNIK 2026-01-13
ROZMOWA z Jerzym Chróścikowskim, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, członkiem grupy Copa Cogeca
- Już 17 stycznia w Paragwaju ma dojść do podpisania umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a krajami Mercosuru. Przewodnicząca Komisji Europejskiej nie kryje radości, cieszą się też Latynosi.
- To wydarzenie dobitnie pokazuje, że demokracja w UE jest pojęciem fasadowym. Komisja Europejska, która nie posiada demokratycznego mandatu, forsuje tę umowę ponad głowami państw członkowskich i wbrew wyraźnej woli społeczeństw, działając w interesie lobbystów oraz niemieckiego przemysłu. Efekt jest oczywisty: wprowadzenie porozumienia, które uderza w fundamenty naszego bezpieczeństwa, w cały system produkcji żywności i stabilność obszarów wiejskich. Demokracja dla tych ludzi jest pustym hasłem, retoryczną pałką używaną wybiórczo wobec Polski czy Węgier. Jednak gdy chodzi o interesy niemieckich lobbystów, to wówczas zaczyna być ignorowana.
- To, że nie udało się zablokować umowy, jest porażką europejskiego rolnictwa?
- Sytuacja w rolnictwie stanie się szczególnie trudna, ponieważ Mercosur to nie jest pojedynczy, odosobniony przypadek. Mamy już umowę z Ukrainą, porozumienie z Kanadą... Prowadzone są kolejne negocjacje z innymi państwami. I ani razu nikt na serio nie pokusił się o uczciwy bilans, ile żywności Unia Europejska jest w stanie bezpiecznie wchłonąć, nie niszcząc własnej produkcji. W tym kontekście zagrożenie jest realne. Europejskie rolnictwo, oparte na gospodarstwach rodzinnych, znajdzie się pod potężną presją cenową i strukturalną. Jeśli nie dojdzie do zasadniczej korekty polityki handlowej, jedyną alternatywą okaże się model agroholdingów, na wzór ukraiński, zdolnych konkurować z gigantami z Ameryki Południowej. Tyle że to oznaczałoby koniec europejskiej wsi, jaką znamy. A chyba nie po to przez dekady budowano wspólną politykę rolną, aby dziś bezrefleksyjnie ją rozmontować.
- Która gałąź rolnictwa jako pierwsza włoży głowę pod topór? Na co wskazują analizy grupy Copa Cogeca?
- Pierwsze sygnały ostrzegawcze są aż nadto czytelne. Cukier jest dziś branżą, która realnie wchodzi w fazę zgonu. Produkcja jest systematycznie ograniczana: niemieckie koncerny cukrownicze tną ją o około 25 proc., co automatycznie oznacza drastyczne zmniejszenie kontraktacji buraków. Polska Grupa Spożywcza idzie w tym samym kierunku, redukując produkcję o blisko 10 proc. To nie jest przypadek, tylko reakcja rynku na brutalną prawdę - cukier z buraków nie ma żadnych szans w starciu z tanim cukrem trzcinowym, który zalewa rynek i pozostaje praktycznie poza realną konkurencją kosztową.
- W kolejce stoją kolejne sektory?
- Wołowina i drób, czyli filary polskiego eksportu rolno--spożywczego. To właśnie te produkty najmocniej konkurują z importem z krajów Mercosuru. A wieprzowina? Tu sytuacja już dziś jest dramatyczna - skala produkcji, struktura stad i ceny sprawiają, że wielu rolników nie chce nawet myśleć o rozpoczynaniu lub odbudowie hodowli. Rząd może mnożyć programy wsparcia, oferować gwarancje i dopłaty, ale ekonomii nie da się oszukać. Jeśli rachunek się nie spina, a rynek wysyła sygnał „nieopłacalne", to żadne polityczne deklaracje tego nie zmienią. I właśnie to jest dziś największym problemem rolnictwa - polskiego i europejskiego.
- Analizy przygotowane przez Copa Cogeca były w praktyce ignorowane przez Komisję Europejską?
- Tak, były ignorowane. Przekazywaliśmy je na wszystkich możliwych szczeblach: od poziomu krajowego przez ministerstwa i rząd aż po bezpośrednie rozmowy i formalne wystąpienia, wobec Komisji Europejskiej, w tym do komisarza ds. rolnictwa. Podejmowaliśmy również próby spotkania się z Ursulą von der Leyen, bo uznaliśmy, że skala zagrożeń wymaga rozmowy na najwyższym poziomie. Od początku chcieliśmy jasno i uczciwie pokazać, że kierunek, który obrano, jest dla europejskiego rolnictwa zwyczajnie zabójczy - nie w sensie publicystycznym, lecz ekonomicznym i strukturalnym. To są decyzje, które niszczą podstawy produkcji rolnej i bezpieczeństwa żywnościowego. Problem polega na tym, że po drugiej stronie nie było realnej woli dialogu. Z tymi ludźmi nie prowadzi się rozmowy, tylko odczytuje decyzje. Jeśli ktoś ignoruje twarde dane, analizy i ostrzeżenia środowisk, które znają ten sektor od podszewki, to znaczy, że nie szuka rozwiązań - tylko realizuje z góry założony scenariusz.
- W wielu krajach UE trwają protesty rolników. Nie zaskakuje Pana fakt, że na ulice wychodzą rolnicy, ale konsumenci pozostają bierni? W dłuższej perspektywie to właśnie oni zapłacą najwyższą cenę, skazani na żywność sprowadzaną z Ameryki Południowej...
- To nie wydarzy się z dnia na dzień, ale dokładnie w tym kierunku zmierzamy - i to jest sedno problemu, o którym od lat próbujemy alarmować opinię publiczną. Bezpieczeństwo żywnościowe istnieje tylko tak długo, jak długo produkuje rolnik. W momencie gdy ta produkcja zacznie się załamywać, cały system się rozsypie. Proszę spojrzeć na fakty: już dziś hodowla bydła jest nieporównywalnie mniejsza niż kilkanaście lat temu, trzoda chlewna praktycznie znika z wielu regionów kraju. Pogląd, że „w razie kryzysu pojedziemy na wieś i się wyżywimy", jest dzisiaj mitem. Na wsi coraz rzadziej spotyka się realną produkcję, a coraz częściej te same sieci handlowe, te same markety, w których zaopatrują się również mieszkańcy miast. Jeżeli ten trend się utrzyma, zostaną nieliczne, wyspecjalizowane gospodarstwa farmerskie, kompletnie oderwane od lokalnych rynków i skrajnie podatne na globalne wstrząsy. Wtedy konsument obudzi się w rzeczywistości, w której nie ma już wyboru: bierze to, co przypływa statkiem z drugiego końca świata, po cenach i na warunkach dyktowanych przez zagranicznych producentów. Rolnicy protestują dziś nie tylko w swojej sprawie. Protestują także w imieniu tych, którzy nie zdają sobie sprawy, że jutro mogą zostać bez normalnej żywności.
- Przeciwko umowie głosowały Polska, Francja, Irlandia, Węgry i Austria, ale Belgia wstrzymała się od głosu. Włochy od samego początku prowadziły wyłącznie własną grę?
- Tak, Włochy mają potężny sektor eksportowy, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym i szerzej przemyśle przetwórczym, od którego w dużej mierze zależy ich dodatni bilans handlowy. W takiej sytuacji decyzje polityczne są efektem twardej gry interesów. Giorgia Meloni rozegrała tę partię po swojemu, z pełną świadomością ryzyka, ale i potencjalnych korzyści. Czas pokaże, czy był to manewr trafiony, czy krótkowzroczna zagrywka. Jedno natomiast budzi mój zasadniczy sceptycyzm: z obecną Komisją Europejską niezwykle trudno wynegocjować rozwiązania naprawdę uczciwe i przejrzyste. Tam niemal zawsze kryje się jakiś haczyk, zapis drobnym drukiem albo polityczny koszt przerzucony na później. Obawiam się, że w tym przypadku
Giorgia Meloni albo go nie dostrzegła, albo uznała, że da się go zignorować. Jednak historia unijnych kompromisów uczy, że takie założenia rzadko kończą się dobrze.
- Rzym myśli, że obronił interesy swoich rolników, ale się przeliczy? Mechanizmy obronne nie zadziałają?
- Moim zdaniem te mechanizmy nie zadziałają, a jeśli nawet formalnie ruszą, stanie się to zbyt późno, aby zapobiec realnym stratom. Zanim ceny zostaną przeliczone, zanim urzędnicy uznają, że „coś się dzieje", i zanim cały aparat zacznie funkcjonować, rynek będzie już w fazie głębokiego kryzysu. Przerabialiśmy to przy okazji napływu żywności z Ukrainy. Najpierw słyszeliśmy uspokajające głosy: „3 mln ton zbóż to przecież niewiele", potem: „Unia to ogromny rynek, wszystko się wchłonie". Okazało się, że europejski rynek został po prostu zalany. W rolnictwie nie trzeba potopu, czasem wystarczy 5-10 proc. nadmiarowej żywności, aby zburzyć delikatną równowagę. Niewielki impuls potrafi zdestabilizować ceny, zniszczyć opłacalność i wypchnąć z rynku lokalnych producentów.
- Jest jeszcze taki mechanizm, jak świadomy wybór konsumenta...
- Konsument? Owszem, deklaruje przywiązanie do jakości, ale w praktyce kupuje portfelem. Segment naprawdę świadomych klientów to kilka procent rynku, cała reszta kieruje się ceną. I to powinno szczególnie zaboleć polskich producentów. Nawet jeśli założymy, że Polska formalnie się obroni i nie zaleje nas żywność z Ameryki Południowej, to co z tego, skoro kupią ją Niemcy i inni partnerzy? Aż 80 proc. naszego eksportu rolnego trafia do Unii Europejskiej. To ponad 30 mld euro rocznie - gigantyczne pieniądze. Osłabienie naszej pozycji na tych rynkach będzie nie drobną korektą, tylko poważnym wstrząsem dla całej gospodarki. I mówię to bez cienia przesady.
- Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk